Byli tam i chłopi, i mieszczanie, i szlachta, i rycerze, i duchowni. Ci ostatni groma-dzili się w bocznych nawach i okolicach ołtarza.
Przed katedrą wrzało! Każdy krzyczał, chciał coś powiedzieć. Szlachta żywo ze sobą rozmawiała. Ale i okazja była nie byle jaka - koronacja księcia Bolesława! To przecież najważniejsze wydarzenie podczas całego jego panowania. Wszak do tego dążył. Śmierć papieża Benedykta VIII i jeszcze wcześniejszy zgon Henryka II stworzyły przychylną sytuację dla księcia polskiego, który kazał złotnikom krakow-skim zrobić najznamienitszą i najwspanialszą koronę, zapowiadając jednocześnie swoją koronację. Obrzędu miał dokonać arcybiskup Gwido, który jako duchowny nie patrzył na te poczynania przychylnie, ale jako szlachcic szczerze sprzyjał księ-ciu.
Grupka ludzi, odzianych w wykwintne stroje - uroczyste galijskie spodnie, tu-niki i podpinane płaszcze Greków i Rzymian żywo rozprawiała między sobą.
- No to się nasz książę doczekał!
- Tak, tak - wtórował drugi.
- Ale ja wam mówię, że coś mi tu nie pasuje. Najpierw umarł sobie ten cesarz, no a teraz papież. Mówię wam, że mnie się zdaje, iż nasz Bolesław otruł ojca świę-tego.
- A jakoż by śmiał? Co wy gadacie? Chybaście przez duchy nieczyste opętani, Mściwoju - ganił Gosław.
- Albo jakby się on dostał do papieża? Przecie książę Rzymu nie odwiedzał w ostatnim czasie - wtórował Jaśko.
- A to dużo trzeba? Nasz książę to wszędzie zna ludzi - nie dawał za wygraną Mściwój. - Wystarczy, że posłał zaufanego człowieka z pismem, a tam już sami za-dbali i wykonali, co chciał. Przecie był za młodu w Rzymie.
- A to być mogło - rzekł gruby Kaźmierz.
- Przestalibyście grzeszyć Mściwoju i Kaźmierzu - wykrzyknął młody kleryk. - Takie oszczerstwa na naszego pana powiadać? Niech no się o tym tylko dowie, kto potrzeba...
- A nie denerwujcie się, Mieszku! Toć to człowiek jak tak siedzi tutaj kilka ty-godni, nic nie robi, tylko piwo żłopie, to i mu do głowy różniaste głupoty przychodzą - przemawiał Mściwój.
- Ale swoją drogą, to tajemniczy zbieg okoliczności: śmierć cesarza, a zaraz potem papieża - mówił Kaźmierz.
- Tak, tak Kaźmierzu. Już nic mądrzejszego nie mogliście wymyśleć. Tylko wi-no żłopać potraficie. I same brednie wam do głowy przychodzą. Toż to jeden zgon od drugiego dzieli aż dziewięć miesięcy! Głupiście i tyle - oponował Gosław.
- No, no nie pozwalaj sobie! - oburzył się Kaźmierz. - Tylko nie powiadajcie "głupiście"!
- A co? Takie brednie tylko głupi może mówić.
- Słuchaj, trzymaj język za zębami, bo jak wezmę miecz i jak ci go utnę... - tu-taj sięgnął po topór i zaczął machać nim w powietrzu pokazując, jak to by uciął ję-zyk Gosławowi.
- Pijanyś - to głupoty pleciesz - kontynuował Gosław.
- O, tego już za wiele - ryknął Kaźmierz, ale nie dokończył, bo właśnie nadje-chali król i biskup na koniach wraz ze swymi orszakami, więc wszyscy schylili czoła i udali się do katedry.
- Ja ci jeszcze pokażę - wycedził przez zęby wprost do ucha Gosława wściekły Kaźmierz.
Tymczasem rozpoczęło się nabożeństwo. Najpierw biskup odmawiał wiele łaciń-skich modlitw i tylko klerycy co jakiś czas odpowiadali na wezwania celebransa. Wszyscy zgromadzeni z niecierpliwością spoglądali na księcia i miejsce, gdzie stały święte oleje. Po cichu pytali, gdzie korona i berło. Ktoś szepnął, że korona została skradziona w nocy. Pobożne niewiasty zaczęły popłakiwać i modlić się jednocześ-nie, aby złodzieja złapano i żeby koniecznie zginął marnie. Drudzy powiadali, że złotnicy nie zdążyli na czas...
Naraz odezwał się głos dzwonka i boczne wrota otwarły się. Stanęli w nich kle-rycy ze złotnikami. Uroczyście wnieśli ułożone na czerwonej poduszce oznaki wła-dzy królewskiej. Wszystkim zgromadzonym zatkało dech w piersiach, każdy chciał zobaczyć, ale nikt nie śmiał się ruszyć. Powaga chwili paraliżowała.
Klerycy przy śpiewie psalmu dwudziestego procesjonalnie szli przez całą kated-rę majestatycznie i powoli. Gdy doszli do biskupa, ten wziął poduszkę i przeszedł na miejsce, gdzie miały się odbywać obrzędy namaszczenia.
Przyszły król klęknął. Po kościele przeszedł modlitewny szept. Biskup wypowia-dał łacińskie strofy, a książę za każdym razem, na znak Gwidona, odpowiadał głoś-no i stanowczo "Amen".
Po namaszczeniu olejami, kiedy korona znalazła się na skroni króla, wszyscy zerwali się z klęczek i spontanicznie głośno wołali: "Niech żyje Król! Niech żyje! Bo-lesław niech żyje!" Donośny bas rycerzy mieszał się z piskiem dziewcząt. Krzyczeli wszyscy. Okrzyki radości zagłuszały śpiew kleryków, którzy modlili się za króla słowami psalmu dwudziestego pierwszego. Następnie wszyscy podążyli za królem i biskupem w procesji do drzwi katedry. Teraz przez kilka tygodni miały trwać uczty i zabawy...
Na zamku bawili się z królem duchowni, świetniejsi przedstawiciele starszyzny, zacniejsi rycerze i cudzoziemcy, natomiast na ulicach, gdzie porozstawiano stoły świętował gmin i przybysze z całej ziemi Polan. Na nieszczęście Kaźmierz siadł koło Gosława i cały czas groził mu mówiąc, że się zemści i że domaga się pojedynku! Wyznaczono go na siedemnasty dzień czerwca. Wówczas miały się zakończyć wszystkie uczty i zabawy.
Jednak do pojedynku nie doszło. Owego pamiętnego siedemnastego dnia czer-wca młodzi klerycy obwieścili smutna wiadomość, że król zmarł...
- A widzisz, mój Gosławie! - Kaźmierz tryumfował, zwracając się do spotka-nego na królewskim pogrzebie Goława. - Miałem jednak rację. Bóg ukarał śmiercią Bolesława za to, że otruł papieża.
- Milcz, bo zaraz będzie drugi pogrzeb. Twój! - wycedził Gosław, wyjmując sztylet.
Maksymilian Janowski uczy się w I klasie gimnazjum
* * *
Mamy nadzieję, że w dobie blogów i skrótowych sms-ów i wszechobecnych "obraz-ków", sztuka pisania nie zaginęła.
Zachęcamy młodych literatów do przysyłania próbek swojej twórczości do redakcji "Aveciarza" (aveciarz@gmail.com). Najlepsze teksty mają szansę na publikację, tak jak prezentowane dzisiaj opowiadanie hi-storyczne gimnazjalisty z Zielonej Białołęki. Traktuje ono o autentycznych wyda-rzeniach, które miały miejsce na Wielkanoc sprzed 984 lat.
 Jan Matejko, Koronacja Bolesława Chrobrego.
 Podobizna Chrobrego widniała na banknotach emitowanych w PRL-u.
|