redakcja
Echo... Moto... Zdrowie... Puls... Z cyklu... katalogi czytelnicy polecamy            



zapraszamy na
forum kinomana

Maria Cholewczyńska
Pseudonim Holmar.
Filolog z wykształcenia, współpracuje z wieloma pismami ogólnopolskimi.
Z naszą redakcją współpracuje od 1998 roku.



  X Muza z Marylą Holmar
 71/184 


Filmowe pokłosie - lato 2005, cz. II

"Opowieść o zwyczajnym szaleństwie" w reżyserii Petra Zelenki i "Garbi" Angeli Robinson.

III. "I nad światem wir potępienia się rozpętał..."

... kiedy mój tata prowadził mnie za rękę na defilady i powtarzał, że "będzie dobrze wtedy, gdy wybijemy wszystkich przywódców". Tak mówi mały chłopiec, który dorasta wraz z pokoleniem dziwnych frustratów w filmie Petra Zelenki - "Opowieść o zwyczajnym szaleństwie".

Raczej o fanaberiach ludzi, którzy ledwie sobie radzą z szaleństwem świata okaleczonym nie tylko przez owych ww. przywódców. Reżyser wyznał, że inaczej zatytułowałby swój film, gdyby miał na to pomysł. Podpowiadam: W tym szaleń-stwie jest metoda?

Najnowszy film tego zdolnego reżysera jest jakby kontynuacją zamotanych w życie bohaterów z poprzedniego filmu - "Rok diabła" (też dziwny tytuł!).

"Zwyczajni ludzie" w tym filmie nie wydziwiają, nie oburzają się nawet w najbardziej absurdalnych sytuacjach życiowych. Szukają nadal sposobu na życie i kiepsko im to wychodzi. Tragikomiczny czas żywota jakby się jeszcze pogmatwał, zdziecinniał.

W "Roku diabła" ucieczką od banalnej rzeczywistości była muzyka. W ostatnim filmie reżysera człowiek chwyta się byle czego, jakiegokolwiek hobby, żeby nie zgłupieć do reszty. Niebanalnym bohaterom z "Roku diabła" nie udało się "obudzić komety z uśpienia, otworzyć ją na urodę życia i magię piosenki". Ludziom ze "zwyczajnych opowieści" nawet się nie chce śpiewać. Jedni milczą, drudzy paplą jak najęci, jeszcze inni mamroczą coś półgębkiem.

Jestem z wami, Jano i Petrze! Zmagamy się z podobnymi problemami zwielo-krotnionymi do "n-tej" potęgi; tylko o naszych utarczkach z absurdami i głupotą ludzką nikt nie potrafi nakręcić filmu.

Może zamiast trąbić o antyglobalistach, ktoś zrealizuje film o globalnym zagro-żeniu, jakim jest zwichrowana psychika ludzka? Dołączamy do chórku zdeprymo-wanych nerwicowców Zelenki. Może jakiś polski reżyser odmaluje nasze fobie, lęki, ważne i błahe przyczyny, co najmniej głupawych zachowań? Na przykład opowie o tym, jak pewna kobietka własną piersią broni wstępu na pokazy filmowe dla prasy - "zahartowanym w piórze" dziennikarzy, którzy zdobywali laury, kiedy dziewczę siusiało w majtki? Albo o desperatach bawiących się kosztem pasjonatów - "prze-walanki codziennej, w której aż się kotłuje we mgle zaciemniającej otępienie?".

Czy w tym szaleństwie jest metoda? Nie ma żadnej metody. Jeśli jej szukać, to może znalazłaby się metoda na przetrwanie w durnawej kołomyjce codzienności. Petr Zelenka oswaja nas z "portretem zbiorowości", w którym "samotność stała się normą". Nasz bohater zwyczajny pracuje na lotnisku, "w ruchu naziemno-powietrz-nym", w miejscu, "gdzie horyzont pasa startowego przypomina... morze". Tu emocje nie buzują, są jakby uwięzione w uprzęży. Jeśli uda się im urwać z pętelki, to zlądują i tak "pod skrzydłem lotni".

Kto zatrzyma to rozpędzone "szalejowe koło"? Pamiętne słowa piosenki pasują jak ulał do filmowej i prawdziwej rzeczywistości: "co by tu jeszcze spieprzyć, panowie, co by tu jeszcze spieprzyć"?! System nawalił czy opadła na umysły i serca "otępiająca mgła"? Skołowanym biesiadnikom życia trzeba wreszcie zadać sakra-mentalne pytanie: jak długo jeszcze ludziska zgrywać będą "buble-duble"? Całoży-ciowi skoczkowie zatarasowali drogę językowi porozumienia, uwięzili szczerość, na smyczy arogancji trzymają ludzkie odruchy pomocnej dłoni, wysadzili do wiatru "mosty przebaczeń".

Nie sądzę, bym doczekała dnia, w którym sztandarowe hasło zespołu U-2 - "Coexist" - współistnienie zstąpiło z bilboardu na skłóconą Ziemię. Na początek zadowoliłabym się choćby ziszczeniem się - Silentio! Błogi spokój!

IV. Opowieść z trochę innej bajki - Garbus - "Garbi"

Wielu z nas przeżyło zmotoryzowaną przygodę - własną lub rodzinną. Na film "Garbi" Angeli Robinson poszłam z przekonaniem, że ujrzę jeszcze jedną bajkę o samochodziku, co prycha i czmycha. Tymczasem bawiłam się na pomysłowej historyjce o "Garbim" oznakowanym numerem 53, sławetnym "garbusie" z lat 60., o samochodzie, który ma duszę, lubi być głaskany, pielęgnowany; wówczas jedzie jak po maśle. Tak zapewniali dwaj właściciele rzeczywistego "garbusa" przed pro-jekcją filmu.

Ojciec i syn, właściciele garbusa 53 Bis, użyczyli głosu, a raczej "odgłosu" "panu Garbiemu 53" na ekranie. Wspominali swoją jazdę zimową porą, nago! Trzeba było bowiem opatulić zmarzniętego "garbuska", żeby tylko dojechał do celu.

"Grand Bryka?" - "grand Pryk!" - zawyrokował szpanujący volkswagenem mło-dzian, ale szybko spuścił z tonu przechwalstwa. Garbi potrafi być mistrzem jazdy!

Dziewczyna - kierowcą rajdowym? Garbusik - zwycięzcą wyścigu NASCAR? "To się w pale nie mieści"! A jednak! Nie pozory, ale wola zwycięstwa i chęć szczera - czynią z ciebie bohatera! Jest to możliwe, bo Garbi traktowany jest jak żywa, czarująca istota. Daje więc z siebie wszystko. Garbi - uosobienie "starej szkoły"... "po liftingu" wygląda jak cudo nie z tej bajki.

Film bawi 10-latki - "jamochłony popcornu" i "dorosłe konie". Gapienie się w ekran ułatwia dubbing. A po seansie - promocyjne bicie rekordu - ile osób wciśnie się do Garbiego - Bis 53, "brata" tego z ekranu. Wtłoczyło się 15 chłopaków!

Odkąd pamiętam, w mojej rodzinie były wyłącznie czterokołowce starej daty. Z zie-loną "Żabką" - nieodżałowanym "garbusem", pożegnaliśmy się po pierwszej wpad-ce na drzewo. "Tekturowa mydelniczka" czyli Trabant służył nie tak mistrzowsko jak ekranowy Garbi, ale równie długo i wiernie, aż się "wyterkotał". Nieszczęsny oliwkowy, duży fiat, podobnie jak Garbi, posłużył jako karta przetargowa, po "dachowaniu" na Zakopiance, pamiętnej zimy stulecia. Fiacik - Maluch służył aż do kompletnego pokrzywienia i długo rdzewiał pod niebem, nikt nie chciał się z nim rozstać.

A ja zawsze wolałam dwukołowce i... deptaną, automatyczną hulajnogę! "Rozjechałam" ją w dzieciństwie na drzazgi. Pozostaje bezkonkurencyjna po dziś dzień... powracając w snach...


5 września 2005
 71/184 


Copyright © by
Wydawnictwo Prasy Bezpłatnej OSTOJA sp. z o.o.
1998-2010