| |

Autor jest wiceprzewodniczą-cym rady dzielnicy Targówek
|
Ostatnie lata rządów PiS na Targówku charakteryzu-ją się najgorszymi wskaźnikami poziomu kształcenia naszych szkół w porównaniu z innymi dzielnicami Warszawy.
Po poprzednich, kompromitujących wynikach testów gimnazjalnych władze Targówka zapowiadały radnym badającym tę sprawę podjęcie działań nap-rawczych. Nic nie wiemy na temat tych działań, nie wiadomo, co zmieniono i czy dotychczasowy, opła-kany poziom nauczania w naszych szkołach został podwyższony. Wyjątkowo w tym roku, który jest ro-kiem wyborczym, urzędnicy odpowiedzialni za oświa-tę w naszym ratuszu nie podsumowali wyników tes-tów gimnazjalnych w roku szkolnym 2005/06. Należy zatem przypuszczać, że zapewne podobnie jak w polskiej piłce nożnej i tutaj miało być cudownie, a wyszło tak jak zwykle. To wymowne milczenie prawdopodobnie wynika z obawy o wynik wyborczy odpowiedzialnego PiS, który jak zauważyliśmy z ostatnich pomys-łów rządowych, uderzających w środowiska naukowców, dziennikarzy i artystów, jawi się jako partia antyinteligencka.
Po co drażnić rodziców na Targówku, że ich dzieci nie mają szans na naukę w dobrym liceum a w konsekwencji nie dostaną się na upragnione studia? Pojawia się w kuluarowych komentarzach opinia, że nasza dzielnica to taki specyficzny obszar nędzy i patologii a w związku z tym dzieci są po prostu takie a nie inne. Oczywiście jest to absolutna bzdura, w którą dla wygody wierzą niektórzy decydenci, bowiem nie mają żadnego pomysłu na rozwiązanie problemu.
| |

Bez większego trudu po zakończeniu edu-
kacji na Targówku byliśmy w stanie dos-
tać się do Liceum im. Władysława IV.
| |
Mam wielu znajomych, którzy wychowywali się ze mną na tym terenie i zostali m.in. dziennikarzami, naukowcami, aktorami. Bez większego trudu po zakoń-czeniu edukacji na Targówku byliśmy w stanie dostać się do zacnego Liceum im. Władysława IV, a potem pójść na dobre studia. Myślenie, że to uczniowie są słabym "materiałem" jest niebezpieczne, gdyż takie etykietowanie powoduje zachętę do obniże-nia poprzeczki wymagań, a w konsekwencji osłabia konkurencyjność naszych dzieci.
Paradoksalnie jakiś czas temu podczas posiedzenia komisji oświaty usłyszałem o priorytetach edukacyjnych naszych władz. O dziwo, za priorytet nie uznano osiągania wysokich wyników nauczania, ale tworzenie "dobrej atmosfery" i wychowywanie. Zaw-sze wydawało mi się, że szkoła jest głównie po to, aby uczyć, a tworzenie miłej atmos-fery i wychowywanie ma charakter uzupeł-niający, stanowiący pomoc dla rodziców. Tak naprawdę, niestety największy prob-lem rozbija się o pieniądze. Dyrektorzy dostają za mało pieniędzy na etaty nau-czycielskie w swoich szkołach. Mimo że jest niż demograficzny, klasy są prze-pełnione, a to uniemożliwia nauczycielom skuteczną kontrolę stanu wiedzy uczniów. Dodatkowo dyrektorzy boją się awansu zawodowego swoich nauczycieli i wolą zatrudniać osoby o niższych kwalifikacjach zawodowych, bowiem takie etaty są mniej kosztowne dla skromnego budżetu, jakim dysponują. Patologii w naszych szkołach nie stanowią uczniowie, rodzice, nauczyciele czy dyrektorzy. Patologiczny jest natomiast system organizacji i finansowania szkół. Jeśli rządzący tego nie zmienią, to wszyscy będziemy się wkrótce wstydzić naszej dzielnicy.
Sebastian Kozłowski
|